Prawdziwa historia spranych legginsów, czyli jak nie ubierać się do pracy

post header photo

Podczas jednego z wyjazdów trafiłam do przytulnej kawiarni w pewnym niewielkim mieście na południu Polski. Kawiarnia na pierwszy rzut oka miła, choć na parterze zbyt tłoczna, by popracować. Zamówiłam więc co chciałam i poszłam szukać wolnego stolika na piętrze. Tu było cicho, oprócz wcale nie-ukradkiem całującej się pary i eleganckiego, starszego mężczyzny pochłoniętego gazetą, nie było nikogo. Czujnym okiem wypatrzyłam stolik przy oknie i gniazdku i rozpoczęłam pracę.

Niedługo trwała błoga chwila warunków doskonałych – dosłownie dwa krótkie akapity napisanego przeze mnie tekstu. Górna część kawiarni szybko się zapełniła. Do trzech zajętych stolików nagle dołączyły dwie gimnazjalistki z krzykliwymi youtuberami w telefonach, pani z uroczym, choć piskliwym pieskiem z wielką kokardą zamiast obroży i grupa rozgadanych licealistów, pożerających szybko wielkie kanapki. Nagle ucichli youtuberzy, licealiści i piesek przestał szczekać. Podniosłam głowę znad ekranu – oto na salę wkroczyła kelnerka z zamówieniami gości. Dziewczyna zza lady wydawała się bardzo miła, zaczęłam więc zastanawiać się, co wywołało wśród gości taką konsternację. Nie musiałam długo szukać przyczyny, za to zaczęłam myśleć o tym, kto pozwolił kelnerce tak ubrać się do pracy. Jej strój składał się z pięknej, czarnej koszulki z dekoltem w łódeczkę i… obcisłych, bawełnianych legginsów w kolorze spranego różu. Jakby źle to nie brzmiało – to działo się naprawdę. Już dawno temu wiedziałam, że z popularyzacji tychże bawełnianych pseudo-spodni nie może wyniknąć nic dobrego. Reakcja ludzi na jej widok była zwyczajnie krzywdząca tę miłą dziewczynę. Gimnazjalistki niby niezauważalnie zrobiły zdjęcie biednej kelnerce… W czasach, kiedy każdy nosi w kieszeni telefon z aparatem i social mediami – nic nie zrobisz, no przecież nie zabronisz.

Podkręciłam muzykę w słuchawkach i wróciłam do swoich zajęć. Po chwili z cudem odzyskanego skupienia wyrwał mnie przerażający pisk właścicielki pieska z kokardą. Wydawać by się mogło, że ktoś mu nastąpił przypadkiem na kokardę lub zahaczył jej jedwabną apaszkę zamkiem błyskawicznym, rozrywając przy tym materiał na pół. Tylko tak potrafiłabym wytłumaczyć tę histerię. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Ściszyłam muzykę i nie zdejmując słuchawek przyglądałam się sytuacji, chcąc poznać przyczynę nagłej paniki. W tym momencie na piętro wpadła zestresowana kelnerka w różu. Właścicielka pieska rzuciła się na nią z wrzaskiem, krzycząc, że przecież nie tę kawę zamawiała, że ona jest stałą klientką kawiarni i obsługa powinna wiedzieć, co zawsze pije. A tak w ogóle to piesek nie dostał wody i jak tak może być. Przewróciłam w duchu oczami, bo sama kiedyś pracowałam w gastronomii i wiele spotkałam pań z pieskami. Napięcie sięgnęło zenitu i bohaterka rozgrywającej się sceny zażądała widzenia z kierownikiem. Kelnerka z przerażeniem w oczach, przepraszając wszystkich wokół, pobiegła po przełożoną. Naburmuszona klientka opadła na fotel, prawie przygniatając pieska i wylewając stojącą na stoliku kawę. Za moment na scenę wróciła bliska łez kelnerka, a za nią wparowała przełożona. Wszyscy spodziewaliśmy się wielkiej awantury, ale całą naszą uwagę pochłonęło co innego i przebieg kłótni nie interesował już. Przełożona kelnerki w różu miała na sobie identycznie sprane legginsy. Z przerażeniem stwierdziłam, że to taki (nie)pisany dress code tejże kawiarni. W głowie miałam żenującą scenę z kultowego serialu Przyjaciele, gdzie Monika Geller, pracując w jednej z restauracji, musiała codziennie przebierać się za “seksowną” kucharkę ze sztucznym biustem i… jeździć po knajpie na wrotkach.

Hipster czy obciach?

Wyszłam z kawiarni cokolwiek zażenowana, całym sercem współczując pracownikom tego lokalu. W mojej głowie istnieje wiele zasad dotyczących tego, jak się nie ubierać do pracy. Myślę, że większość z nich jest dość powszechna i oczywista: krótkie mini zostaw na randkę. Nie przychodź do roboty w japonkach, o ile nie jesteś ratownikiem na strzeżonej plaży. Nie ubieraj niewygodnych butów, gdy cały dzień spędzasz w sklepie za ladą. Legginsy w kolorze zarezerwuj tylko dla pracy w klubie fitness, a sprane do spania. Dziewczyny, czy się tego wymaga czy nie – cokolwiek by się nie działo, nie róbmy sobie tego!

Maria Korchow

 Link-Google-Play

Zostaw komentarz